
Nazywam się Lara, chociaż
większość pewnie mnie zna jako „ta od Leona”. To prawda, kiedyś byliśmy razem,
ale oczywiście on jak to on, świata poza Violettą nie widzi. Odsunęłam się od
niego, co mnie bardzo zabolało. Nikt nie rozumiał tego co czuję. Tylko On. Tym
„kimś” był Maxi, przyjaciel dwóch gołąbeczków. Podobno był kiedyś z Natalią,
niewolnicą Ludmiły, ale jakoś ciężko mi uwierzyć, że byli razem z własnej woli.
Mówił, że mnie kocha i rozumie, za co szczerze go podziwiam. Chłopak jest
naprawdę miły i kochany – ale ma też wielką odwagę, ponieważ potrafi powiedzieć
coś nietaktownego na przyjaciela – ale tylko gdy rzeczywiście tak jest. Ja nie
chcę zostać skrzywdzona, ufam mu – co może okazać się błędem, ale jak mówią:
„kto nie ryzykuje, nie pije szampana”. Może dzięki tej opowieści ludzie poznają
mnie jako nie tylko kobietę od motorów, ale i taką z uczuciami.
Dzisiaj szłam przez jeden z
parków w Buenos Aires. To był chyba ten najbliższy od Studia, bo widziałam w
nim Violettę z jej przyjaciółeczkami – Camilą i Francescą. Jak zwykle coś tam
nuciły, nieszczególnie mnie to interesowało. Rozmawiały o Leonia – Violka znowu
była smutna przez niego. Boże, czy ta dziewczyna nie ma innych zmartwień, tylko
to, że Leon powiedział jej coś – prawdopodobnie – niemiłego? Denerwuje mnie już
powoli. Nie chciało mi się słuchać jej żalów, więc poszłam dalej.
Przypomniało mi się – jak jeszcze
byłam z Verdasem – pewna historia. Chłopak urządził mi „romantyczną kolację” w
porze obiadowej. Z początku podobały mi się jego starania. Pięknie nakryty
stół, smaczne i apetycznie pachnące jedzenie. Wszystko było idealne, dopóki nie
wyznał „mi” miłości. Zapamiętałam perfekcyjnie jego słowa. „Kocham Cię
Violetta” – wtedy zrozumiałam, że nadal coś do niej czuje. Byłam wściekła na
niego, ale i okropnie smutna i zawiedziona. Jeśli nadal kochał Castillo, to
mógł mi przecież powiedzieć, ale nie, bo po co, lepiej zranić niewinną osobę?
Zraniona odeszłam od Leona z honorem. Zwolniłam się z pracy, nie chciałam już
więcej na niego patrzeć.
Chciałam na początku zajść do
trzech przyjaciółek, ale dlaczego mam słuchać o Violetcie i Leonie? Wolałam już
odejść od nich, pójść gdzie indziej, z dala od nich wszystkich. Po drodze
spotkałam Maxiego. Rozmawiającego. Z Nią. Poczułam się nagle jak Violetta. Jestem
okropnie zła, zazdrosna, ale i smutna. Obiecał, że nie będzie się z nią
kontaktować. Jednak to zrobił. Zaczęłam płakać, już wiem co czuła panna
Castillo widząc Leona z inną. Nie sądziłam, że w jednej sekundzie można tak
człowiekowi złamać serce. Podczas jednorazowej, głupiej przerwie w pracy może
stać się tyle. W drodze do domu zadzwoniłam do szefa i powiedziałam, że pies mi
zdechł, chociaż nawet go nie mam. To było jedyne, co mi przyszło do głowy w tej
chwili. Jak mogłam wymyślić coś lepszego, skoro widziałam, jak mój chłopak
całował się z Natalią? Ja głupia mu zaufałam. Łudziłam się przez ten cały czas,
że on jej nigdy kochał, i nigdy nie pokocha. Gdy tylko wróci do mieszkania, po
to, by mnie zabrać na tą bezsensowną już teraz randkę, to wygarnę mu wszystko.
Wszystko, co do jednego słowa.
Jest już godzina siedemnasta
trzydzieści. Za chwilę pan M. ma przyjść. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi.
Otworzyłam je w moim ukochanym dresie. Niech sobie nie myśli, że się wystroję
specjalnie by mu wygarnąć jego głupotę.
-Cześć? A co ty, jeszcze nie
gotowa? – zapytał.
-Wejdź – odpowiedziałam z nutką
wściekłości w swoim głosie.
-Coś się stało?
-Jakbyś nie wiedział – i jeszcze
udaje, że wszystko jest okej. – Widziałam Cię z Naty.
-To nie tak, jak myślisz… -
Kłamie mi prosto w oczy. Że też ma do tego tupet.
-Już nie kłam, i tak mnie nie
weźmiesz na słodkie oczka. Teraz wyjdź, nie chcę Cię widzieć. To koniec! –
Musiałam to powiedzieć.
-Dobrze. Bardzo przepraszam, że
Ci nie powiedziałem, nie umiałem po prostu.
-Wolałeś mnie zranić?! Lepsza
jest najgorsza prawda, niż najlepsze kłamstwo! – Nienawidzę go! Jak mógł?
-Przepraszam. Będzie mi Ciebie
brakowało, mam nadzieję, że znajdziesz kogoś, kto Cię pokocha tak jak ja nie
umiałem. – To było naprawdę słodkie – a przynajmniej pierwsza część, ale jego
szansa już przepadła.
-Wyjdź. Wyjdź. Proszę. – Jak mu
powiedziałam, tak zrobił. Przynajmniej tyle dobrze, oszczędził mi większych
cierpień.
Rzuciłam się na moją kanapę w i w
jednej chwili zaczęłam płakać deszczem łez. Muszę od teraz przywyknąć, że już
nie będzie przy mnie Maxiego. Już mnie nie będzie miał kto przytulić,
pocieszyć, rozśmieszyć. Straciłam miłość z nie swojej winy. Tyle dobrze przynajmniej.
Kiedyś w końcu mi przejdzie. Za dzień, tydzień, miesiąc, ale przejdzie. Może
znajdę kogoś innego, lepszego? Oby. Teraz skupię się na pracy, może kupię sobie
rzeczywiście tego psa – przynajmniej będę miała go do przytulania, pocieszania,
zabijania czasu.